sobota, 27 sierpnia 2011

Koty na kempingu

Jak już pisałem, nasz tegoroczny wyjazd był wielce eksperymentalny. Głównie z powodu kotów. Długo zastanawialiśmy się, co z nimi zrobić. Dosyć trudno było jak w latach poprzednich zatrudnić do ich doglądania rodzinę… Stąd pomysł na domki nad jeziorem.

Podróż nie była łatwa. Okazuje się, że nasze koty nie specjalnie kochają samochód. Płakały praktycznie przez całą drogę tam. Podobnie w drodze powrotnej. Biały, na kempingu, nawet w domku jak słyszał przejeżdżający samochód to umykał w najdalszy kąt.

Najtrudniejsze było uwierzenie w nasze koty, że na nowym terenie nie zgłupieją i nie oddalą się w nieznanym kierunku. My tej pewności nie mieliśmy. Już na piąty dzień udało się im umknąć. Ale okazało się, że zostawienie otwartego okna (również na noc) było rozwiązaniem całkiem dobrym. Bardzo szybko koty nauczyły się wracać do domku w „miarę potrzeby”.

Jedzenie. To też był problem. Zupełnie nie rozumiem tego. Strasznie mało jadły. Nadrabiają po przyjeździe.

Obawialiśmy się też w jaki sposób odłowimy je przed wyjazdem. Okazało się to całkiem proste. Ruda nad ranem się zameldowała, troszkę zjadła i poszła spać. Nieco później pojawił się Biały. Ponieważ otwarte okno było nad moim posłaniem: „przeszedł” przez moje ręce cały lepki od żywicy i z poprzylepianą korą: musiał być chyba na drzewie. Ciekawe przed czym uciekał lub za czym gonił. Trzeba przyznać, że koci język jest całkiem niezłym narzędziem i potrafi nawet tak polepione futro doprowadzić do porządku.

Jeszcze nie podjęliśmy decyzji co z przyszłorocznymi wakacjami.

posted from Bloggeroid

0 komentarze:

Prześlij komentarz